Dzień dziecka

Dzień dziecka

Co roku na początku czerwca obchodzimy Dzień Dziecka. Został on ustanowiony przez Zgromadzenie Ogólne ONZ dla upowszechniania praw dziecka zawartych w Karcie tej organizacji z roku 1945. W związku z tym dniem jest trochę zamieszania, gdyż poszczególne państwa obchodzą ten dzień w różnych dniach, we wszystkich miesiącach roku. Ustalono nawet Światowy Dzień Dziecka w listopadzie, jednak najwięcej państw pozostało przy 1-wszym dniu czerwca. Tego dnia dla dzieci organizuje się różne gry, zawody szkolne, wycieczki i zabawy na świeżym powietrzu.

.

Nie jest to inicjatywa nowa, gdyż przed II-gą wojną światową Polski Komitet Opieki nad Dzieckiem obchodził Święto Dziecka we wrześniu. Po Mszy świętej w kościele dzieci szły do szkołly na uroczystą akademię z programem artystycznym. Następnie brały udział organizowanych wycieczkach i zabawach, podczas których rozdawano im słodycze.

.

Wiele znaczków oraz innych pamiątek ukazało się na świecie z okazji “Międzynarodowego Roku Dziecka – 1979“.

W tzw. nowoczesnym świecie gromadzi się coraz więcej niebezpieczeństw wokół tej najbardziej bezbronnej grupy wiekowej. Dzieci podlegają przemocy w różnych środowiskach, chociaż mówi się tylko o tzw. „przemocy domowej” nawet kiedy rodzice klapsem przywołają nieposłuszne dziecko do porządku. Faryzeim każe natomiast zamykać oczy na rzeczywiste problemy. Przemoc jest obecna nie tylko w grach komputerowych ale nawet w filmach dziecięcych. Do tego dochodzi masowa propaganda homoseksualizmu oraz innych dewiacji. Wciąganie dzieci w taki wypaczony świat zabija w nich aktywność i zdolność do samodzielnego myślenia. Brak zajęć praktycznych, sportu i aktywności fizycznej odbija się na ich zdrowiu i deformuje psychikę.

.

Zagrożeń wieku dziecięgo jest więcej. Aktualnie podano, że 2021 jest Międzynarodowym Rokiem Eliminacji Niewolniczej Pracy Dzieci (International Year for the Elimination of Child Labor). Wprawdzie w ostatnich dekadach ilość dzieci zmuszanych do pracy zmniejszyła się o jedną trzecią, to jedna ta liczba przekracza 150 milionów. Połowa spośród nich pracuje w w warunkach szkodliwych dla zdrowia.

Jeśli nadal trwać będzie walka z rodziną, to ilość tych problemów i ludzkich trgedii będzie rosnać z każdym rokiem. Podważając autorytet rodziców i nauczycieli, wprowadza się coraz to więcej „międzynarodowych” dni na poszczególne miesiące, np: Dzień Dzieci Będących Ofiarami Agresji, Dzień Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci, Dzień Dziecka Zaginionego, Dzień Dzieci-Żołnierzy, Dzień Sprzeciwu wobec Pracy Dzieci, Dzień Dzieci Ulicy, Dzień Dziecka Nienarodonego i Utraconego. Szczęśliwego dzieciństwa w zdrowej rodzinie, wśrod braci i sióstr, nie zastąpią żadne instytucje, deklaracje czy pracownicy socjalni. Otoczone miłością domu rodzinnego, dziecko się uczy od rodziców nie tylko zabawy, ale i odpowiedzialności, odróżniania tego co dobre od złego.

*

Bywają sytuacje, kiedy dzieci zostają sierotami, a dramat utraconego dzieciństwa może okazać się im ciężarem na całe życie. Tragedię trudną dla wyobraźni normalnego człowieka przeżyły dzieci Wołynia, będące najmłodszą generacją Stowarzyszenia Rodzin Wołyńskich. O tym traktuje dalsza część artykułu.

Dzieci Wołynia

Do nich należy pierwszy polski kosmonauta, gen. Mirosław Hermaszewski, który cudem ocalał od śmierci.

Z życia uczyń marzenie i przemień je w rzeczywistość -Antoine de Saint-Exupéry

.

Gdy ukraińscy bandyci napadli na ich rodzinną wieś Lipniki, Mirek miał zaledwie półtora roku. Była pogodna noc 26/27 marca 1943 roku i wszyscy spali kiedy rozległy się strzały, ogień płonących domów rozjaśnił niebo i rozległy się krzyki bestialsko mordowanych mieszkańców. Pani Kamila Hermaszewska chwyciła swoje małe dziecko zawinięte w kocyk i wybiegła w stronę lasu. Kilku bandziorów próbowało ją zatrzymać, a jeden wystrzelił celując w głowę uciekającej. Zakrwawioną upadła z dzieckiem i tak ją zostawili myśląc, że już nie żyje. Tej nocy banderowcy z UPA zamordowali 182 mieszkańców tej wsi, oprócz Polaków wśród ofiar masakry było kilku Żydów ukrywających się u gospodarzy i jedna Rosjanka. Po latach, gen. Mirosław Hermaszewski wspomina to, co słyszał od starszego brata i swojej mamy. Dwie kobiety ukraińskie, które ją przechowały u siebie są świadectwem, że za ludobójstwo Polaków oraz przedstawicieli innych narodowości na Kresach nie ponosi winy cały naród ukraiński, a tylko konkretne nazistowskie organizacje, sprawcy tych zbrodni a nade wszystko ich prowodyry.

.

Lipniki były jedną z wielu polskich wsi w tamtym regionie. Moi rodzice Roman i Kamila Romaszewscy mieli tam 25-hektarowe gospodarstwo i nowy dom z dużymi zabudowaniami. Byłem najmłodszy z siódemki dzieci, a z nami mieszkał jeszcze dziadek Sylwester Hermaszewski zajmujący się pszczelarstwem. Żylo się spokojnie i dostatnio.

.

Tak wyglądały wsie na Wołyniu przed wojną. Ludzie różnych narodowości żyli spokojnie obok siebie i nikt nie mógł sobie wyobrazić do jakiego bestialstwa doprowadzić może nazistowska ideologia.

.

Gdy wybuchła wojna, na północnej części Wołynia powstały oddziały UPA, którymi dowodził Iwan Łatwynczuk pseudonim „Dubowy”. W marcu 1943 roku przeprowadził on już piewsze napady na kilka polski wsi w powiecie kostopolskim, ok. 30 km na północ od miasta Równe. Wioski spalono a mieszkańców bestialsko wymordowano. Nie spodziewano się, że to samo zrobią w Lipnikach. Noc była piękna i jasna; mama uznała, że w taką noc nic złego stać się nie może i rozebrała dzieciaki. A dziadek uspakajał do ostatniej chwili, że bracia Ukraińcy nie mogą nam zrobić nic złego. I zginął właśnie tej nocy uderzony w głowę siedem razy bagnetem.

.

Ale tej nocy Łytwynczuk zarządził mobilizację w ukraińskich wsiach, a tamtejszych chłopów uzbroił w siekiery, piki i widły. Banderowcy mieli dużo broni palnej i dysponowali też karabinami maszynowymi. Napad rozpoczął się ostrzelaniem całej wioski a następnie podpaleniem zabudowań. Polska samoobrona nie mogła powstrzymać natarcia. Gdy przebudzeni mieszkańcy wybiegli z domów, UPA natychmiast otworzyła ogień z karabinów maszynowych. Ojciec, który był w oddziale samoobrony na czatach, wpadł do domu i krzyknął do naszej mamy z dziećmi, by uciekali i zniknął w ciemności. Samoobrona naszej wsi przebila się przez okrążenie i wyprowadziła bezpiecznie kilkaset osób. Przybyli oni z innych wsi aby się schronić wśród nas.

Mężczyźni próbowali ratować dobytek, głównie krowy i konie, ale przerażone zwierzęta, szukając ratunku i gnane ślepym instynktem, wpadały ponownie do płonących stajen i obór. Pożar ogarnął całą wieś. Oślepieni ogniem i dymem, bezbronni ludzie miotali się, uciekając to w jedną, to drugą stronę w gradzie świszczących kul. Było to piekło na ziemi. I wtedy zaczął się szturm banderowskich rezunów.

.

Po prawej stronie historyczne zdjęcie najmłodszych ofiar ludobójstwa wołyńskiego. To jest tzw. “wianuszek” zamordowanych dzieci, związanych kolczastym drutem wokół drzewa.

.

Banderowcy przystąpili do rzezi niewinnych ludzi, którzy mieszkali tu od wieków, w swych rodzinnych domach. Z okrzykami “smert Lacham” (śmierć Polakom), “rezat Lachiw” (rżnąć Polaków) ruszyła uzbrojona tyraliera “bojców UPA”, a za nimi – z siekierami, widłami, łańcuchami i nożami – chłopstwo ukraińskie pędzone żądzą zabijania i rabowania. W niektórych miejscach dochodziło do walki wręcz. Nie sposób opisywać tu drastyczne sceny, jakie rozgrywały się w blaskach płonących domów.

Mama chwycila mnie z tobołkiem i zaczęła uciekać. Bandyci krzyczeli aby się zatrzymała, ale strach przyspieszył jej bieg. Jeden znich dogonił mamę i celując w glowę strzelił, ale kula śliznęła się po czaszce i zraniła ucho. Upadła zakrwiawiona i „bohatyry” zostawili ją bo wyglądała jak zabita. Zawiniątko ze mną przycisnęła do siebie i sam nie wiem jak to się stało, że nie zacząłem płakać wystraszony. Dobiliby mnie bez wahania. Po jakimś czasie mama odzyskała przytomność i pobiegła 6 kilometrów do wsi Białka, gdzie zaopiekowały się nią znajome Ukrainki. Gdy ochłonęła i zorientowała się że nie ma dziecka przy sobie – chciała natymchmiast pobiec aby mnie odszukać. Ukrainki nie pozwoliły jej wyjść z domu: „Tam tebe zarełut!” (Tam oni cię zarżną!) – ostrzegły.

.

A w Lipnikach ci co zostali w domach, udusili się od dymu albo spalili się żywcem. Jeśli ktoś schował się koło domu, wyszukiwano ich mordując siekierami albo innymi narzędziami. Z nastaniem świtu zbrodniarze dobijali rannych. Po kilku godzinach tato z moim starszym bratem oraz z innymi mężczyznami wrócili do naszej wsi.

.

Poranny widok ukazał piekło zgotowane przez nazistów. “Ludzie to czy bestie?” – taką refleksję budzą historyczne zdjęcia o sprawcach ludobójstwa.

.

Widok był przerażający – zgliszcza i trupy – większość potwornie okaleczone. Wokół leżało wiele zmasakrowanych zwłok pokłutych widłami, zatłuczonych drągami, niektórzy byli wrzuceni do studzien a inni nabici na sztachety płotu. Wokół wszędzie gorejące zgliszcza. Dorobek wielu pokoleń Polaków został spalony. W jednej tylko rodzinie Hermaszewskich zamordowano wtedy 18 osób. Niedaleko wsi, na drodze do lasu ojciec zobaczył krew na śniegu i zawiniątko. W nim znalazł zziębnięte, nie dające znaku życia niemowlę – to byłem ja.

Na prawo widoczna jest rzeźba A. Pityńskiego (1947-2020) poświęconego ofiarom ludobójstwa na Wołyniu – na tle krzyża dziecko przebite widłami. Na skrzydłach orła znajduą się napisy tych miejscowości, gdzie dokonano największych zbrodni. Profesor Pityński był wykładowcą na uniwersytecie New Jersey w USA i jest twórcą wielu znakomitych rzeźb.

.

Wkrótce po tej zbrodni Iwan Ławrynczuk kazał spalić jeszcze siedem innych pobliskich wsi, a ukraińscy policjanci zarąbali siekierami 19 Polaków w Karobyszczach. Miesiąc później „Dubowy” Ławynczuk wziął osobisty udział w napaści na Janową Dolinę, w której zginęło 600 Polaków.

Mój ojciec zginął po kilku miesiącach, z rąk sąsiada. Były to czasy wielkiego glodu, brakowało żywności i ojciec udał się na swoje pole, by zebrać zboże. Wtedy z zasadzki padł dobrze wymierzony strzał, kula utkwiła w płucah, blisko serca. Ojca już nie dało się uratować, zmarł po kilku dniach. Mama została z siódemka dzieci i schroniła się na plebanii w parafii Berezno. Dziś po tym kościele nic już nie pozostało. I tylko maki na Wołyniu kwitną każego lata – czerwieńsze niż te na Monte Cassino.

Zatarli ślady po domach polskich, po kościołach i całych wioskach. Sami też odeszli już z tego świata i stanęli przed sądem Najwyższego.

*

Powstaje pytanie: skąd bandy zbrodniarzy miały tak dużo broni? Uzbrajały ich Niemcy hitlerowskie. Naziści ukraińscy nie byli tak skrupulatni jak ich hitlerowscy sponsorzy i nie spisywali nazwisk swych ofiar. Nie tracili czasu na budowanie obozów koncentracyjnych. Chociaż trudno jest podać dokładną liczbę ofiar tego ludobójstwa, to szacuje się że w ciągu dwóch lat wymordowano na Wołyniu i w innych reginach dzisiejszej zachodniej Ukrainy 100,000 do 200,000 bezbronnych ludzi. To było jakieś diabelskie opętanie, kroniki z tamtych lat podają ponad sto sposobów torturowania i mordowania ofiar, najczęściej podczas nocnych napadów na wioski pogrążone we śnie. Na Wołyniu ludobójstwo Wołyniu zakończyło się dopiero w lutym 1944, gdy na tamte tereny wkroczyła Armia Czerwona w ramach operacji dnieprowsko-karpackiej.

Osierocona rodzina Hermaszewskich, podobnie jak tysiące innych, latem 1945 roku ewakuowała się pociągiem towarowym na Ziemie Odzyskane. Po 17 dniach podróży dotarli do miasteczka Wołów koło Wrocławia. Mirek był już 4 letnim chłopcem a najstarszy z siódemki Władysław miał 17 lat ale był chory na tyfus i natychmiast skierowano go na leczenie do szpitala w Katowicach. Mirek od początku uczył się dobrze i marzył aby zostać pilotem. Już w wieku 7 lat po dźwięku silnika potrafił rozpoznać typ samolotu. Pani Emilia wykazała niebywały hart ducha, charakterystyczny dla ludzi którzy przetrwali największe prześladowania. Sama wychowała i wykształciła swoje dzieci, trzech synów zostało pilotami: dwóch generałów lotnictwa i jeden pułkownik.

.

Miasteczko Wołów, widok z samolotu. Po prawej stronie: dworzec, w czerwcu 1945 rodzinę Hermaszewskich ulokowano w parowozowni zanim znaleziono im mieszkanie.

Była to wielka i patriotyczna rodzina, zamieszkała na Kresach od stuleci. Pradziadek Wincenty Hermaszewski (1808-1880) walczył w powstaniu styczniowym i został zesłany na Syberię. Stamtąd powrócił i osiadł na roli, między Równem i Sarnami. Miał dziewięcioro dzieci, w tym syna Sylwestra i wiele wnuków, między innymi Antoniego i Romana. Antoni Hermaszewski też był na Syberii, skąd dostał się do armii Andersa i przez Iran, Irak i Włochy dotarł do Anglii, gdzie pozostał do końca życia. Drugi wnuk – Roman Hermaszewski (1900-1943) był ojcem Mirosława, zamordowany w Lipnikach, podobnie jak jego ojciec Sylwester (1853-1943), dziadek Mirosława. Nie mógł przewidzieć, że dzieci z żoną przeżyją wołyński holokaust i trzech synów ukończy Wyższą Szkołę Oficerską Sił Powietrznych. A to maleństwo odnalezione kilka godzin po masakrze w Lipnikach zostanie kiedyś pierwszym polskim kosmonautą.  

.

Ojciec Roman Hermaszewski (1900-1943) nie dożył lat, gdy jego synowie zdobywali przestworza sterując najszybszymi samolotami.

Ten cudem uratowany, zabiedzony chłopiec marząc o lataniu czytał regularnie czytał tygodnik “Skrzydlata Polska” i zajmował się modelarstwem. Następnie rozpoczął swoje loty na szybowcach i dostał się do Szkoły Orląt w Dęblinie, którą ukończył jako prymus a po prawie 30 latach został mianowany jej komendantem. Latał na coraz to szybszych maszynach i jesienią 1976 r. znalazł się w grupie 72 pilotów, spośród których wybrano kilku kandydatów na treningi przed lotem w kosmos. Musieli on mieć “szczególne predyspozycje psychiczne, wyjątkową odporność na stres, wysoką tolerancję na niedotlenienie i przyśpieszenia”.

.

Zaczął się kilkutygodniowe testy: badania laboratoryjne, wirówki przeciążeniowe, komory niskich ciśnień, wirujące fotele, huśtawki, rozmowy z psychologami. Treningi okazały się niewyobrażalną męczarnią. Kręcono nim na fotelach obrotowych do granic wytrzymałości, do omdleń i wymiotów. Jego koledzy stopniowo odpadali jeden po drugim. W końcu został tylko Hermaszewski, który wykazał się największą odpornością psychiczną, zahartowany trudnościami od wczesnych lat. Dowieziono go na kosmodrom Bajkonur skąd 27.VI.1978 po południu, razem z Piotrem Klimiukiem, zostali wystrzeleni w statku kosmicznym “Sojuz-30”. W ciągu 8 dni okrążyli Ziemię 126 razy na wysokości 363 km, z prędkością 28 tys. km/godz.

.

Tak opisał tę podróż w książce “Ciężar nieważkości. Opowieści pilota-kosmonauty”. Za parę minut przelecimy równik. (…) Widzę, jak horyzont jaśnieje. Kończy się zaledwie 33-minutowa noc kosmiczna. Lecimy w stronę Słońca. Krzywizna Ziemi jest wyraźnie zaznaczona pasem czerwieni i błękitu nad nią. Wskutek prędkości orbitalnej obraz zmienia się. Jak pod pędzlem artysty horyzont rozjaśnia się, barw przybywa, zwiększa się ich intensywność. Pierwszy kosmiczny poranek ofiarowuje mi jeszcze bogatszy zestaw barw i kształtów. Miejsce, gdzie spodziewam się zobaczyć Słońce, nasyca się amarantem i purpurą. Szeroko otwartymi oczyma widzę, jak wyłania się jakby lustrzane odbicie Słońca, jednak o kształcie połowy średnicy, po to, by za chwilę znów zniknąć za horyzontem. Faktycznie Słońce jest poza horyzontem, pojawiło się na moment dzięki refrakcji – załamaniu promieni w atmosferze. Wtem wychyla się gwałtownie spoza horyzontu jako ognista, gigantyczna kula w otoczeniu całej gamy kolorów. Słońce, wznosząc się, maleje, traci czerwień. Nasyca się kolorem złocistym, jaśnieje. W kabinie robi się jasno, aż zaczynają boleć nas oczy, gasimy oświetlenie. Zjawisko wschodu Słońca oczarowuje. Jest niezwykłe i fantastyczne, kojarzy się z narodzinami Nowego. Niezwykłe jest także to, że można je przeżywać aż szesnaście razy w ciągu doby. Wrażenie to wzbogaca uczucie nieważkości i świadomość ogromnej prędkości.
Weszliśmy na oświetloną część orbity, a na Ziemi panowała jeszcze głęboka noc. Słońce powoli wznosiło się, oświetlając stopniowo Ziemię. Znikała czerń, szarość bladła, pojawiała się biel chmur i błękit powierzchni planety, rozkoszowaliśmy się niezwykłym, wspaniałym widokiem. Znalazłem się w innym, nieznanym mi wymiarze. Zaczynam wątpić, czy mój mózg zarejestruje mnogość zjawisk, które postrzegam, czy potrafię je zinterpretować i zapamiętać. Pod nami terminator – granica między dniem i nocą, która przesuwa się wraz ze Słońcem. Niebawem Ziemia została całkowicie oświetlona
.

.

W podróż kosmiczną zabrał ze sobą flagę i godło Polski, a poza tym mały egzemplarz “Pana Tadeusza”, wykonany w złocie medal Centrum Zdrowia Dziecka i kopię księgi “O obrotach ciał niebieskich” Mikołaja Kopernika.

.

Generał Mirosław Klimaszewski spędził za sterami samolotów 2047 godzin i 47 minut, wykonał 3483 starty i lądowania, łącznie z treningowymi skokami na spadochronie. Z żoną Emilią mają dwoje dorosłych dzieci oraz czwórkę wnucząt. Syn podtrzymuje rodzinną tradycję, ukończył Wojskową Akademie Lotniczą (słynną “szkołę orląt” w Dęblinie, uprzednio nazwaną WSOSP) i też został lotnikiem. Córka jest prawnikiem.

.

1. Na spacerze z rodziną 2. Spotkania z legendarnym pilotem-kosmonautą budzą u dzieci i młodzieży zainteresowanie astronomią. Może niektórzy też zechcą być lotnikami?

*

W jednym z licznych wywiadów gen. Hermaszewski podzielił się swoimi refleksjami. “Wszystko jest tak fantastycznie kolorowe, że zapada w pamięć na całe życie. A ty, zawieszony gdzieś w przestrzeni, patrzysz z góry na te 6 miliardów ludzi, których nawet nie widać. Myślisz: co ty, człowieku, tutaj robisz? Kim jesteś w tym bezmiarze przestrzeni ze swoimi dokonaniami, problemami, marzeniami i dążeniami? A potem patrzysz dalej, w głąb kosmosu, który trochę rozumiesz, bo przeczytałeś kilka książek o astronomii. Błyszczą tam miliony gwiazd. Widzisz kolejne galaktyki i zastanawiasz się, czy te trudne do objęcia umysłem doskonałości powstały samoistnie, czy była jakaś siła sprawcza. Kto ten wszechświat stworzył, kto wprawił go w ruch i kto nim kieruje?” (Czy był to Bóg?…) „Zawsze o Nim myślałem. Podobnie myśleli też inni kosmonauci. Bardzo wielu niewierzących powróciło z kosmosu jako ludzie odmienieni duchowo”.

_____________

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Translate »